Pocisk Team

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Po powrocie..... czyli o wrażeniach ze Złombolu 2010

Złombol, Złombol i po Złombolu..... Niestety nie od dziś wiadomo, że wszystko co dobre szybko się kończy. Po przejechaniu 14 krajów, 5758km w 15 dni, niezliczonej ilości zakrętów, tych zwykłych jak i niesamowitych górskich serpentyn. Po wielu podjazdach, na których nieraz redukcja do 2 (a nawet 1) była niezbędna i zjazdach, gdzie hamulce rozgrzewały się do czerwoności. Po długich odcinkach autostrad, które pozwalały fiaciorowi na przekroczenie magicznej bariery 120 km/h. Po prawie polnych drogach mieszczących ledwie jeden samochód, przebijających pod względem dziur ser szwajcarski, a nawet polskie drogi. Po... itd. itd. Generalnie dojechaliśmy do domu szczęśliwi i w jednym kawałku.

Zaczęło się od startu w Katowicach. Tam, zanim ruszyliśmy zdążyły nam odmarznąć wszystkie członki. Norma, początek września, a tu zimno jak cholera. W końcu wystartowaliśmy i mogło być już tylko lepiej. Ta myśl towarzyszyła nam jeszcze przez całą Słowację i Węgry. Lało, padało, kropiło, mżyło, MASAKRA!!! Na szczęście mimo złej pogody atrakcji już na początku nam nie zabrakło. Musieliśmy w końcu przebić się przez Tatry. Zakopianka to był tylko przedsmak, prawdziwa zabawa zaczęła się na Słowacji. Droga była niesamowita, widoki piękne a deszcz wbrew pozorom dodawał tylko niepowtarzalnego klimatu. Pierwszy kemping mieliśmy na Węgrzech w miejscowości Debrecen. Stamtąd po jak się okazało rano (brak założonego daszku = zalany namiot :P ) ulewnej nocy, ruszyliśmy do Rumuni. Powstał tam tak zwany RUMUN RACING czyli określenie wymyślone dla upamiętnienia jedynego w swoim rodzaju stylu jazdy tamtejszych kierowców, który nam też przypadł do gustu ;P Może jako najbardziej charakterystyczny przykład posłuży autokar wyprzedzający poboczem na wpół zahaczając o trawę. Poza tym Rumuni mają bardzo urozmaicone środki transportu. Można tam spotkać każdą markę samochodu pod warunkiem, że będzie to Dacia. Trzeba im przyznać, że bardzo wspierają rodzimą motoryzację. Dacia powinna być częścią godła Rumuni. Ludzie często przemieszczają się też w bardziej tradycyjny sposób - furmankami. Widok babci sunącej główną trasą wozem zaprzężonym w konia w niewiele lepszej formie od niej, to norma. Na kempingu w Rumuni (za miejscowością Calimanesti) poszliśmy spać trochę później, było wesoło ;).
Rano wyjeżdżaliśmy jako jedni z ostatnich. W połowie drogi do Bułgarii w końcu zrobiło się ciepło. Na jednej ze stacji wszyscy jak poparzeni zrzucali długie spodnie i bluzy i zamieniali je na szorty. Nareszcie robiło się tak jak być powinno-słoneczko, ciepełko i coraz przyjemniejszy klimat.
Wjazd do Bułgarii prowadził przez długi most. Przez większość czasu nie mogliśmy uwierzyć, zresztą podobnie jak w Rumuni, jakim cudem to państwo dostało się do UE? Warunki zmieniły się dopiero, gdy dojechaliśmy do turystycznej części kraju, na wybrzeże. Zrobiło się, można powiedzieć ekskluzywnie. Nocleg mieliśmy w Sozopolu. „Łazienka” była przerażająca (szczególnie dziury) dlatego oszczędziliśmy sobie emocji i rano po raz pierwszy wykąpaliśmy się w ciepłym morzu, pierwszym na liście - Czarnym.
Następny przystanek - Turcja. Najpierw jednak musieliśmy skorzystać z objazdu na drodze do granicy, który był kolejnym argumentem za tym, żeby przestać narzekać na stan naszych dróg. Mówiąc krótko, zwięźle i na temat, jedna wielka dziura. Nie dało się ich ominąć , trzeba było wybierać między dużą, a jeszcze większą. Granica Turecka była jedyną na całej trasie, gdzie musieliśmy spędzić sporo czasu, przez różne formalności takie jak np. zakup wiz. Za to wjazd do kraju był naprawdę na najwyższym europejskim poziomie. Szeroko, gładko, rewelacja! Po drodze mieliśmy kolejną dłuższą przerwę, na spuszczanie oleju z fiata salami ;P W końcu jednak dojechaliśmy do celu. ISTAMBUŁ!!!. Wszystko tam jest wielkie, zaczynając od wjazdu na autostradę z 22 bramkami. Tam też narodził się KEBAB STYLE. To co turki wyrabiają za kierownicą jest nie do opisania. Jeśli nie jesteś czujny i wystarczająco domyślny, zginiesz. Ciśniesz gaz i zgadując co kierowca obok ma zamiar zrobić, liczysz na to, że dojedziesz w jednym kawałku. Jednak największym problemem jaki mieliśmy był dojazd do IKEA, czyli punktu zbiórki. Widzieliśmy od początku wielki neon IKEA, ale trafienie tam, okazało się sporym wyzwaniem. Jadąc w parę ekip, zdesperowani zgarnęliśmy jednego „lokalsa”, który prowadząc nas przez zakazy, łamiąc pierwszeństwa przejazdu itp. doprowadził nas w końcu do celu. Potem był oficjalny przejazd przez most na Bosforze i wielka radość z dojechania do Azji!
Rozstaliśmy się rano opuszczając ostatni wspólny kemping i kończąc oficjalną część rajdu Złombol w 2010 roku. Od tego momentu byliśmy już zdani na siebie (oraz ekipę Białego102, która dzielnie nam towarzyszyła do samego Poznania). Pierwszym przystankiem w drodze powrotnej była Grecja. Zatrzymaliśmy się na dwa dni w mieście Aleksandropolis. Nareszcie mogliśmy poczuć się jak na prawdziwych wakacjach. Zwiedziliśmy miasto, zgodnie z tradycją zjedliśmy kebaba i spróbowaliśmy miejscowych specjałów m.in. sałatki greckiej i podejrzanie nazywających się bolsów (smakowały też podejrzanie). Obowiązkowo skorzystaliśmy też z kąpieli w Morzu Egejskim, 2 na liście. Pobyczyliśmy się na leżakach. Było świetnie. Ten grecki klimat i atmosfera są niepowtarzalne. Po próbie wydostania się z pierwotnie niewinnie wyglądającego piasku na plaży oraz następnie jej zaoraniu wzdłuż i wszerz ;P ruszyliśmy dalej.
Kolejny przystanek - Macedonia. Z początku kraj ten nie zrobił na nas pozytywnego wrażenia. Dzieciaki proszące o denara były nie do zniesienia. Później jednak było lepiej. Po skorzystaniu z pomocy naszych rodaków, spotkanych na stacji, znaleźliśmy nocleg w pensjonacie u miłego starszego małżeństwa, w miejscowości Ohrid. Powitali nas rakiją. Jak przystało na Polaków, gdy zobaczyliśmy przezroczysty płyn w kieliszku, łyknęliśmy ją na raz (powinno się ją siorbać). To co jest godne zapamiętania z Ohrid to cena za taksówki. Za 1euro (za pięć osób!) można dojechać w dowolne miejsce w centrum.
Następna na trasie była Albania. Już sama nazwa brzmi dziko. Najbardziej niesamowite są widoki. Trasa prowadząca przez góry robi wrażenie. Po drodze mijaliśmy wiele wsi. W oczy rzucały się szkielety domów, które wyglądały tak jakby ktoś rozpoczął budowę i jej nie skończył. Poza tym charakterystycznymi elementami są liczne akwedukty, tunele i co jakiś czas pojawiające się bunkry. Stałą częścią otoczenia są też szroty. O ile w Rumuni rządziła dacia to Albania jest krajem Mercedesa. Stare merce beczki są wszędzie. W końcu to jedne z najbardziej wytrzymałych samochodów na świecie. Przez Albanię przejechaliśmy ciągiem bez dłuższych przystanków. Atmosfera według nas nie budziła większego zaufania. Kraj opuszczaliśmy trasą wylotową, dla której trzeba by stworzyć oddzielną skale jakości. Są drogi dziurawe, bardzo dziurawe, drogi polskie, długo długo nic, objazd w Bułgarii, potem znowu nic....., w końcu albańska trasa wyjazdowa. Można było ją pokonać na dwa sposoby. A - snuć się 10km/h uważając na dziury i wyjechać nad ranem, B - zapomnieć o dziurach i dołożyć do pieca. Wybraliśmy tę drugą opcje.
Tym sposobem znaleźliśmy się w Czarnogórze. Po dłuższych poszukiwaniach udało się znaleźć kemping i następnego dnia przed wyjazdem popływać w Adriatyku, czyli morzu numer 3 na naszej liście. Ustaliliśmy, że o Bośnię zahaczymy bardziej niż planowaliśmy w związku z tym ruszyliśmy trochę dalej w głąb kraju, w kierunku granicy. Trasa była cudowna. Jechaliśmy przez dłuższy czas wzdłuż jednej z zatok. Jej widok w połączeniu z widokiem gór daje rewelacyjny efekt. Granice z Bośnią, żeby było ciekawiej, postanowiliśmy przekroczyć, bardziej dzikim przejściem granicznym. Prowadziła do niego wąska, dziurawa droga na której nie dość, że sami się ledwo mieściliśmy to jeszcze musieliśmy robić mijanki. Po jakimś czasie trzeba było jednak zawrócić, ponieważ spotkani po drodze Czesi powiedzieli, że to przejście jest tylko dla miejscowych, a my musimy jechać na większe krajowe. Tak zrobiliśmy i nie żałowaliśmy, bo widok tuż po przekroczeniu granicy był najlepszym jaki widzieliśmy do tej pory. Bośnia wbrew pozorom nie wydała nam się niebezpieczna. Wjechaliśmy do miasta Trebinje. Było całkiem sympatycznie, a najlepsze były miejscowe cheeseburgery mmmm pychotka. Poza tym jak się okazało najprostszym językiem żeby się dogadać, jest...... polski. Trzeba tylko używać prostych sformułowań takich jak „przelicznik waluty” (cytat z K.K. :P) a na bank zrozumieją ;) W Bośni byliśmy w sumie dwa razy. Po wjeździe do Chorwacji i przejechaniu dłuższego odcinka, trzeba było przeciąć pas, dzięki któremu Bośnia ma dostęp do morza. Jest to dość krótki kawałek, więc szybko wylądowaliśmy z powrotem w Chorwacji, kraju „dzikich kun”.
Zatrzymaliśmy się w miejscowości Makarska, na kempingu, po którym musieliśmy chodzić z mapą, żeby się nie zgubić. I tu tak naprawdę zaczęła się relaksacyjna część wyjazdu. Opalanie się na kamienistych plażach, kąpiele w krystalicznie czystej wodzie Adriatyku, nurkowanie, ogólnie relaks i zabawa. Największą radochę sprawiły nam jednak rowery wodne ze zjeżdżalnią :D. Taki szczegół, a bawiliśmy się jak dzieci.
Kolejnym zaplanowanym przystankiem był najbardziej znany chorwacki park narodowy Jeziora Plitvickie. Dojechaliśmy wieczorem, więc noc spędziliśmy u rzeźnika mordercy i jego uroczej żony, która nie wie co to uśmiech. Park warty zobaczenia. 5h chodzenia , jazdy ciuchciobusem i płynięcia statkiem, ale opłaca się.
Następny nocleg mieliśmy mieć w Słowenii, ale po dłuższej naradzie ruszyliśmy na Wiedeń. Zrobiło się zimno. Na miejscu zostawiliśmy samochody na kempingu West i poszliśmy zwiedzać miasto. Zasługuje ono na miano europejskiej stolicy kultury. Ale nam chyba najbardziej w pamięci zostanie machina o zachęcająco brzmiącej nazwie „Ekstazy”. Odjazd totalny. Pożegnaliśmy Wiedeń i udaliśmy się do krainy piwem płynącej czyli Czech.
Zatrzymaliśmy się w Brnie. Nocleg mieliśmy w hostelu ze wspólnymi pokojami. Uskuteczniliśmy najbardziej przez nas lubiany sposób zwiedzania, czyli od pubu do pubu. Zaczęliśmy od najpopularniejszej knajpy w mieście, Utopna. Piwo dowozi do stolika pociąg, który jedzie po dużej makiecie w centrum knajpy. Najlepsza jest jednak cena piwa w miejscowych pubach. Płaciliśmy ok. 4,20 zł (mniej niż za 0,2l Coli), a piwo jak to w Czechach świetne, szczególnie przypadł nam do gustu Gambrinus.
Z Brna ruszyliśmy już w kierunku Polski. Po przekroczeniu granicy mieliśmy mieszane uczucia. Z jednej strony radość, że wróciliśmy i że nie trzeba już porozumiewać się łamaną angielszczyzną, a z drugiej strony trochę żal, że jeszcze parę godzin i to wszystko się skończy. Na szczęście już w przyszłym roku kolejna wyprawa i nie może nas tam zabraknąć!!!